Recenzja Kongres

admin

Administrator
Członek Załogi
Sierpień 2, 2018
7
0
1
#1
Przed seansem „The Congress” byłem świadom kilku następujących faktów. Po pierwsze jest to adaptacja książki Stanisława Lema pt. „Kongres futurologiczny”, którą zresztą miałem przyjemność czytać. Po drugie mamy do czynienia z produkcją w reżyserii Ari Folmana, czyli pana odpowiedzialnego za „Walc z Baszirem”. Ów film bardzo mi się podobał. Trzecia rzecz jaka zwróciła moją uwagę to fakt, że jest to dzieło fabularne science-fiction, gdzie część owego widowiska jest animowana. Zaopatrzony w te fakty udałem się na seans. Czy było warto? Myślę, że tak, jednakże „Kongres” to mieszanka wybuchową i nie każdemu przypadnie do gustu.

Nauka poszła na tyle do przodu, że jest w stanie „zeskanować człowieka” – zapamiętać jego zachowania, rysy twarzy, wszystko, żeby potem wykorzystać jego wizerunek w jaki sposób się tylko zechce na dużym ekranie. Innymi słowy mamy do czynienia z rewolucją cyfrową, gdzie aktorka Robin Wright (gra siebie samą) staje przed wyborem. Może wziąć pieniądze i zostać zeskanowana, bądź w praktyce pożegnać się z jakąkolwiek karierą aktorską. Oczywiście wybiera to pierwsze. W filmie jest parę innych wątków, które możemy zobaczyć z początku. Rzuca się w oczy wątek rodzinny. Syn Robin jest chory, więc pewien sentymentalny klimat wisi w powietrzu w tej wizji science-fiction.

Porównanie do książki. „Kongres futurologiczny” miałem przyjemność czytać dobrych parę lat temu. Byłem zauroczony tą lekturą. Sam początek wydał mi się niewyraźny. Już dobrze nie pamiętam, co się stało między kongresem a przyszłością. Wybuchła jakaś rewolucja, jeśli mogę posiłkować się filmem. Między dwoma dziełami jest dużo różnic. Ari Folman postanowił przełożyć książkę Lema jako coś stricte związanego z filmem. Druga różnica, którą dostrzegłem, to element zaskoczenia. Nasz wieszcz sprawdził się lepiej w tej dziedzinie, serwując nam rewelacyjne zakończenie. Więcej grzechów nie pamiętam, bo już dość dużo czasu minęło odkąd czytałem „Kongres futurologiczny”.


Ten film ma jedną zasadniczą wadę. Wszystko zdaje się być zakręcone. W pewnym momencie nie jesteśmy już pewni, kiedy toczy się akcja i w jakim kierunku zmierza. To zakłopotanie jest potęgowane przez nieograniczoną wyobraźnie twórców podczas tworzenia animacji. Animowane postacie i miejsca są zjawiskowe, jednakże mogą wywołać u widza sprzeczne odczucia. Sam wstęp jest prosty do zrozumienia, ale za postępującą fabułą nie każdy będzie w stanie nadążyć. Na uwagę zasługuję tu dużo rzeczy, może aż za dużo.

Ja zwróciłem uwagę na dźwięk na przykład. W momencie samego kongresu, kiedy mamy ogromny tłum przeróżnych widzów. Grają bębny. Trochę tak, jakby jakieś prymitywne plemię miało zebranie. Czas odlicza sekundy, lecz cały czas od nowa. Robin Wright jest zagubiona w tym świecie trochę jak my. W „The Congress” jest pewien przekaz. Każdy (no prawie) z nas chciałby być drugim Stanleyem Kubrickiem albo Kasparovem, może jakimś politykiem, muzykiem. Ten film daje do myślenia w tej kwestii. Jest swoistą wizją przyszłości na ten temat. Czy słuszną? Każdy może ocenić sam.

Ogólnie produkcja mi się w miarę podobała. Na Filmwebie wystawiłem ocenę 7, która zawyża średnią tego filmu. Najnowszy obraz Ari Folmana ma być romansem, więc gatunkiem niekoniecznie przeze mnie ulubionym, ale zobaczymy co z tego wyjdzie.